Praca. Oferty pracy, ogłoszenia o pracę, szukam pr

Temat: Czuchnowski i anonimowi doradcy Pis-u
cd...

Kalki i niedopowiedzenia

Czuchnowski pisze, iż „Jan Szponder, dowódca organizacji na południu Polski,
ukończył studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a potem uciekł do
Niemiec (...) skontaktował się z emigracyjnymi władzami Zjednoczenia Narodowego
[winno być Stronnictwa Narodowego – FM.]. Oświadczył, że w Kraju podpisał
zobowiązanie do współpracy z UB po to, by móc uciec na Zachód. Zjednoczenie
[sic!] uznało, że tłumaczenia Szpondera są wiarygodne i włączyło go w pracę tak
zwanej Rady Politycznej”.
Bulwersować może używanie przez autora określenia „tzw. Rada Polityczna”, które
jest kalką komunistycznej propagandy. Jednak istotniejsze jest konstruowanie
zdań niedopowiedzianych, pozostawiających czytelnikowi pole do dowolnej
interpretacji. Czuchnowski nie precyzuje bowiem, kiedy Szponder (od 1940 r.
działacz Narodowej Organizacji Wojskowej) miał pójść na współpracę z UB i jak
się z niej wywiązywał. Sprawa nie jest całkowicie nieznana. Szponder został
zwerbowany 7 czerwca 1947 r. Wpadł w kocioł i w obawie przed aresztowaniem –
jak sam twierdził, aby chronić posiadane przez siebie informacje, które mógłby
wydać – podpisał zobowiązanie o współpracy, donosy sygnując następnie
pseudonimem „Andrzej”. Wykorzystywano go do rozpracowania struktur krakowskiego
NOW. Według akt bezpieki w jej sieci działał do chwili ucieczki w 1949 r.
(wcześniej nie zdążył ukończyć AGH). Sam Szponder twierdził, że uchylał się od
współpracy, a sąd organizacyjny, przed którym stanął na własną prośbę na
emigracji, zrehabilitował go uznając, że nie zdradził żadnych istotnych
informacji. Nie wiadomo natomiast, co słusznie podkreśla Czuchnowski, jaką rolę
odegrał Szponder na emigracji. W tym czasie jednak bezpieka krakowska nie
wykorzystywała go operacyjnie. Pamiętajmy też, że w procesie Kurii krakowskiej
skazano jego przyrodnią siostrę i kuzyna, a w procesach odpryskowych kolejnych
członków rodziny.

Bliżej prawdy

Nie sposób sprostować wszystkich błędów i przeinaczeń, które znalazły się
w „Bliźnie”. Można jedynie, tytułem przykładu, wskazać kilka z nich. Ks. Józef
Lelito po wyjściu z więzienia nie „osiadł w niewielkiej parafii świętego
Wojciecha we wsi Dankowice”, lecz po rekonwalescencji od 1959 r. pracował w
parafii Józefów na terenie Archidiecezji Warszawskiej. Następnie wrócił do
macierzystej diecezji i pełnił funkcję wikariusza w Lanckoronie (1961–1966), a
dopiero później przeniesiono go do Dankowic, skąd w 1974 r. wyjechał do Rabki.
Ks. Jan Pochopień opuścił więzienie 16 maja 1955 r., a nie w 1959 r.
NOW było organizacją wojskową politycznie podporządkowaną Stronnictwu
Narodowemu, a nie Zjednoczeniu Narodowemu, jak autor konsekwentnie nazywa SN.
Ks. Lelito nie obciążył w śledztwie rodziny Kamieniarzów z Jeziorzan, ponieważ
nie miał z nimi kontaktu. Piotr Kamieniarz był „skrzynką pocztową” Michała
Kowalika. Czuchnowski pisze także, iż w wyniku zeznań Michała Kowalika
aresztowano „co najmniej trzynaście osób, w tym członków najbliższej rodziny:
brata i szwagierkę” – nie wyjaśnia jednak, o kogo chodzi. Można domniemywać, że
ma na myśli Adama Kowalika i jego żonę Stanisławę – jeśli tak, to myli się w
relacjach rodzinnych. Adam Kowalik nie był spokrewniony z Michałem, natomiast
jego żona Stanisława była przyrodnią siostrą Szpondera.
Odwołanie zeznań przez ks. Wita Brzyckiego w czasie rozprawy zostało
zaprotokołowane. Czuchnowski twierdzi, że było inaczej, ponieważ uznaje, że
opublikowana w 1953 r. książka „Proces księdza Lelity i innych agentów wywiadu
amerykańskiego” jest wiernym stenogramem rozprawy. Tymczasem jest to wersja
pocięta przez reżimowych ideologów i przystosowana do potrzeb propagandowych.
Wątpliwości budzą również dokumenty wybrane do publikacji, wśród nich protokoły
przesłuchań arcybiskupa Baziaka oraz księży Przybyszewskiego i Skowrona.
Autor „Blizny...” niejednokrotnie podkreśla, że duchowni zeznawali pod
przymusem, że byli torturowani psychicznie i fizycznie, ale decyduje się
opublikować protokoły, które w znikomym stopniu stanowić mogą źródło
historyczne. Są one efektem długotrwałej „pracy” śledczego nad oskarżonym i
mają służyć celom przyszłej rozprawy, a nie odtworzeniu prawdziwej wersji
wydarzeń. Z prawnego punktu widzenia protokoły te są dowodem bez wartości, gdyż
ich podpisanie było wymuszone. Na tej podstawie już po r. 1956 w drodze rewizji
nadzwyczajnej umarzano wiele spraw sądowych, jako pozbawionych dowodów. Dziś,
jeśli chcemy zrozumieć, co się wtedy działo, musimy je poddać drobiazgowej
analizie, wyłuskując z nich prawdziwe informacje i wyjaśniając, dlaczego te, a
nie inne fakty się w nich znalazły. Żeby to jednak uczynić, musimy sięgnąć do
wielu innych źródeł i przeprowadzić ich niezwykle staranną krytykę. Tej pracy
Czuchnowski nie wykonał.
Niezaprzeczalnym atutem „Blizny...” jest świetny warsztat pisarski autora;
książkę czyta się lekko i szybko. Ale właśnie pośpiech związany z wydaniem jej
w rocznicę procesu z pewnością nie wyszedł jej na dobre. Ta „blizna” nie jest
zasklepiona, a podejście autora do zagadnienia powoduje, że znów zaczyna
krwawić.

Filip Musiał jest pracownikiem krakowskiego IPN.


WOJCIECH CZUCHNOWSKI „BLIZNA. PROCES KURII KRAKOWSKIEJ 1953”. Wydawnictwo Znak,
Kraków 2003.



Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,645,35159330,35159330,Czuchnowski_i_anonimowi_doradcy_Pis_u.html